Było to już wczoraj, ale właśnie zauważyłam, że zapomniałam o opisaniu wczorajszych zmagań, Tak naprawdę to wygląda na to, że wczoraj to był mój dzień zapominania. Po raz pierwszy odkąd zaczęłam ćwiczyć z Frankiem zapomniałam, że mam ćwiczyć. Gdyby mi mąż nie przypomniał z rana to ... nie wiem czy by mi się przypomniało do wieczora, że był to mój dzień podciągnięć, których od początku nie darzę gorącymi uczuciami. Dlaczego tak jest? Tak naprawdę nigdy w życiu się nie podciągałam, czyli partie mięśni odpowiadające za podciągnięcia są prawie nie istniejące co widać i czuć w każdy dzień kiedy próbuję się podciągnąć.
Ale spróbuję się nie rozwlekać i przejść do sedna, czyli do opisania dzisiejszych zmagań, a jest o czym. No więc z rana pobiegliśmy z mężem i córką na plac zabaw, żeby się rozgrzać i wykorzystać sprzęt do ćwiczeń bo w domu mamy tylko jeden drążek. Miło było patrzeć na moje maleństwo jak biegała i się cieszyła. A ja się cieszyłam, że może będzie z niej w przyszłości atletka??? Oczywiście bieganie z 6-latką wygląda nieco inaczej od normalnego :) kto ma takie maleństwa to pewnie wie. Już w domu zrobiła sobie plan co to niby mamy zrobić podczas takiego biegu, o dziwo nie przewróciła się biegnąc z głową w planie zamiast patrzeć pod nogi :) Jeżeli dobrze pamiętam to do parku udało nam się dobiec bez odpoczynku, ale już tam okazało się, że w planie było nieco spacerku, a później kamienie do przeskakiwania w rzece, w drodze powrotnej ponoć mieliśmy skakać dwoma nogami, a dodam tutaj, że nie wszystkie z tych kamieni są płaskie więc córka zgodziła się przeskakiwać na nie normalnie w celu zwiększenia bezpieczeństwa. Było wesoło.
Po kamieniach wydała nam komendę, no może nie było to tak ostro powiedziane, ale nasza mała trenerka poinstruowała nas, że przyszedł czas na skakanie na jednej nodze, a że dystans był nieco długi to... nogi można było zmieniać :) Nie wiedziałam, że tak męczące może być przeskoczenie jakiś 50 metrów na jednej nodze, kilka razy zmieniałam nogi, ale tak na prawdę to chyba ja jedyna posłuchałam instrukcji bo i mojemu mężowi i mojej córce szybko się znudziło to skakanie.
Na górce czekał nas znowu spacerek, wykorzystałam ten czas, żeby pozbierać śmieci, które ktoś porozrzucał w parku. Po raz pierwszy usłyszałam od jakiegoś przebiegającego biegacza: "dobra robota". Zastanawiałam się dlaczego więc i on kilku nie podniósł :)
Ale do rzeczy. Plac zabaw był już za kawałek i szósty dzień zaczyna się od podciągnięć, do których chciałam podejść od razu i dopiero mój mąż przypomniał mi o Franka rozgrzewce ramion. Jak napisałam powyżej, dzisiaj był mój dzień zapominania :) No więc zrobiliśmy rozgrzewkę, nasze maleństwo nas kopiowało. Stanęła sobie przede mną, na szczęście nie jestem aż tak niska, a ona za wysoka żeby uderzać ją po głowie. Trochę się uśmiałyśmy. A potem... do podciągnięć. Niewiele z tego wyszło na początku, bo drążek na tym placu zabaw jest bardzo wysoko jak dla mnie, nawet ten najniższy, ledwo do niego sięgam stojąc na palcach. Żałuję, że nie miałam aparatu, żeby zrobić zdjęcie. Na początek mój mąż mnie podniósł i zrobiłam tak z 2-3 podciągnięcia negatywne, to chyba poziom 2 Franka, 3 jest z jakąś gumą ułatwiającą podciągnięcia, ale takowej nie posiadam, choć ostatnio huśtawka nieco mi ją zastępowała. Tak czy inaczej, nie podobało mi się, że muszę polegać na mężu, żeby mnie podniósł. Nie policzyłam więc tych... opuszczeń tak naprawdę bo nie byłam w stanie się podciągnąć, jak zresztą w ciągu całych ostatnich 3 tygodni.
Co więc zrobiłam? Poszukałam innego sprzętu i znalazłam. Nieco dalej jest drabinka do wspinania się dla dzieci, zakończona jest drążkiem więc go wykorzystałam. Dzięki temu, że jest też drabinka to mogłam się wspiąć do góry i później tylko opuścić na rękach. Wczoraj nie robiłam tyle samo powtórzeń, jeśli dobrze pamiętam to 2, 2, 4, 2. W między czasie nakrzyczałam jeszcze na mojego skarba bo wciskała mi się na drążek zawsze wtedy kiedy ćwiczyłam, w końcu dała się namówić na zmiany, czyli jak ja ćwiczyłam ona czekała i jak ona coś robiła to ja miałam odpoczynek.
Ojejku, ale się dzisiaj rozpisałam.
Po szerokich podciągnięciach były zanurzenia, jejku, gdzie my je wczoraj robiliśmy? czy my zrobiliśmy wczoraj zanurzenia... Silly mi, wczoraj drugie ćwiczenie to były podniesienia australijskie, uf, już myślałam, że coś przegapiliśmy. Tak, tutaj znów moje maleństwo upatrzyło sobie rurkę, na której ćwiczyliśmy więc musiały być zmiany, tym razem trzy, Ranga, ona i później ja. Zrobiłam 4 x 5 więc chyba jak zawsze, ale z jakiegoś powodu było mi ciężej.
Później podciągnięcia w wąskim podchwycie. Yuppie! Tutaj udało mi się po raz pierwszy zrobić przynajmniej pół podciągnięcia samej. Wiem, to nie wielki powód do radości, ale 3 tygodnie temu w tej pozycji nie potrafiłam podciągnąć się nawet 5 centymetrów, a wczoraj mi się udało zrobić pół podciągnięcia, więc to dowód, że te moje ćwiczenia coś dają. Resztę oczywiście znów robiłam metodą negatywną. Szczerze powiedziawszy to wolę robić te ćwiczenia w domu, w Polsce.
Po podciągnięciach została nam moja "bułka z masłem" :) Wykroki i przysiady. Znów zrobiłam 4 x 30 wykroków, i 4 x 30 przysiadów. Zastanawiam się czy nie powinnam zwiększyć liczby robionych i wykroków i przysiadów (to drugie podniosłam wczoraj o 10), dlatego bo nogi mam dużo mocniejsze od ramion. Problem tylko z tym, że robienie i wykroków i przysiadów trochę mnie nudzi.
I tak to dobiegłam do końca opisu wczorajszego dnia, a dzisiaj? Dzień 7 czyli dzień odpoczynku. Uwielbiam moje dni odpoczynku, chyba tak bardzo jak moje dni ćwiczeń poza podciągnięciami oczywiście.
Stop! Stop! Zapomniałam dodać, że jak zwykle zakończyliśmy silnym zakończeniem, które idzie mi coraz lepiej i już nie czuję się żeby krzyczeć, że Frank chyba chce mnie zabić, nadal nie jest to łatwe, ale nie na granicy śmierci tak jak to się wydawało na początku. W tej chwili ustanie w pozycji deski przez 30 sek wydaje się łatwiejsze niż kiedyś 15 sek.
Okay, teraz mogę przejść do innych zajęć. Tak a propos dzisiaj lecimy do Polski, nareszcie. Nareszcie wracamy do lasów i spokoju.
PS. Przypomniało mi się, że mój mąż zrobił mi w tym tygodniu dwa zdjęcia, przyznam się tylko, że znów wciągnęłam brzuch bo chciałam lepiej wyglądać, przepraszam, tak naprawdę nie jestem, aż taka płaska, ale mam chyba pewien kompleks na punkcie mojego brzucha więc często go wciągam, na szczęście nie tak często jak kiedyś
A tutaj zdjęcia:
PS2. Jeśli ktoś czyta tego bloga, to mam pytanie: jak umieścić dwa zdjęcia obok siebie zamiast jedno pod drugim?
PS. Przypomniało mi się, że mój mąż zrobił mi w tym tygodniu dwa zdjęcia, przyznam się tylko, że znów wciągnęłam brzuch bo chciałam lepiej wyglądać, przepraszam, tak naprawdę nie jestem, aż taka płaska, ale mam chyba pewien kompleks na punkcie mojego brzucha więc często go wciągam, na szczęście nie tak często jak kiedyś
A tutaj zdjęcia:
PS2. Jeśli ktoś czyta tego bloga, to mam pytanie: jak umieścić dwa zdjęcia obok siebie zamiast jedno pod drugim?


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz