czwartek, 18 sierpnia 2016

Trzeci tydzień, dzień 1, 2 i 3

Tak, mam tym razem do opisania aż trzy dni. Przepraszam, że się zaniedbałam w pisaniu, na szczęście nie w ćwiczeniu. 
Jak to wyszło, że nie pisałam? Otóż w poniedziałek rano źle się czułam. Zjadłam mandarynkę bo pomyślałam, że poczuję się świeżej, ale niestety nie podziałało, wręcz przeciwnie zrobiło mi się gorzej. Wypiłam jeszcze smoothie, dokończyłam dziecka muesli i... byłam nie do życia. Bolał mnie żołądek, było mi nie dobrze i myślałam, że po raz pierwszy odkąd zaczęłam ćwiczenia z Frankiem Medrano, na prawdę nie dam rady ćwiczyć. Dogorywałam tak do 1 po południu. Tego dnia miałam wizytę w szpitalu na 14:50 i wiedziałam, że muszę jakoś dojść do siebie. O pierwszej więc wypiłam mirrę, gorzkie to pieroństwo niesamowicie, ale... nie męczyłam się na darmo. O drugiej zebrałam się i pojechałam do szpitala na wizytę, jeszcze z córką więc z dodatkowymi kilkunastoma kilogramami na bagażniku. W dodatku od rana nic nie jadłam. Cieżka to była podróż, ale dojechałyśmy. W szpitalu niestety musiałam czekać bo wizyty się spóźniały, ale jak w końcu weszłam to dowiedziałam się, że mój puchnący policzek jest objawem abnormalności jakiegoś z moich ciałek krwionośnych. Niech będzie co chce, ale może już tata nie będzie mi ciągle marudził, żeby to sprawdzić.

W sumie nie o tym miałam pisać. Ale skoro już napisałam to zostawię :) Po szpitalu pomyślałam, że nie jest ze mną tak źle więc, nadal bez jedzenia, pojechałyśmy do Rasvencourt Park na spotkanie rodzin uczących w domu. Jakoś udało nam się dojechać a później wrócić, i to wszystko na prawie głodówce. W drodze do domu myślałam już tylko o tym, że skoro z takim rozwodnieniem (właśnie, zapomniałam o tym wcześniej napisać, oczywiście przeszło po mirrze) dojechałam tak daleko i jakoś wróciłam to z Frankiem też dam sobie radę. I dałam :) Co prawda robiłam mniej pompek niż normalnie, ale ... dałam radę, nawet z silnym zakończeniem.

Kolejny dzień wczoraj - 2 dzień 3 tygodnia - podciągnięcia
Z samego rana pojechałyśmy na północ Anglii spotkać bardzo ciekawego człowieka, który interesuje się roślinami i wie o nich bardzo, bardzo dużo. Spędziłyśmy tam kilka bardzo interesujących godzin, ale do domu dotarłyśmy po 8 wieczorem. Zanim zjadłyśmy było jeszcze później. Jeśli dobrze pamiętam to ćwiczyłam po 23-ej. I niestety nadal nie potrafię się podciągnąć :( Po raz kolejny podciągałam się na huśtawce, z nogami na huśtawce jakoś dawałam radę, ale tylko 3 za każdym razem :( Zastanawiałam się czy czuję jakąś poprawę odkąd zaczęłam ćwiczyć i nie wiem. Ciekawe czy w przyszłym tygodniu uda mi się podciągnąć chociaż raz całkowicie samej. Wykroków i przysiadów też zrobiłam tyle co zawsze 30 wykroków i 20 przysiadów. Chciałam skończyć jak najszybciej i iść spać :)

Dzisiaj kolejny dzień HIIT
Po południu byłyśmy w Kew i przyjechał po nas Ranga bo po drodze do parku złapałam gumę. Przywiózł drugą pompkę (przy próbie użycia pierwszej złamałam zęba... nawet nie będę tłumaczyć), zabrał dziewczyny a ja jakoś dojechałam do domu. Jak przyjechałam było mi tak gorąco, że nie potrzebowałam już rozgrzewki, choć typową rozgrzewkę ramion zrobiłam, albo raczej zrobiliśmy bo Ranga znów ćwiczył ze mną.
Przeżyłam czy raczej przeżyliśmy. Później szybki prysznic, obiad i... do Londynu. Pati chciała znów zobaczyć go nocą. Przed chwilą wróciłyśmy, a przez to że jest już prawie wpół do drugiej to staram się napisać jak najbardziej skrutowo i iść spać :)

Jutro znów dzień 4 czyli dzień odpoczynku :)

Napisałabym do przeczytania następnym razem, ale chyba i tak nikt tego nie czyta :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz