Witam ponownie, dzisiaj miałam HIIT, który w jakiś sposób lubię bo schodzi mi na nim najmniej czasu choć zazwyczaj dużo się pocę w porównaniu z innymi dniami.
Dzisiaj zaczęłam wcześnie bo gdzieś po 9 rano. Moje maleństwo uprzejmie zostało w domu więc nie musiałam zmagać się z "poczekaj", "ja chcę do domu" i takie tam więc udało mi się zrobić moją normalną pętelkę na rozgrzewkę.
Po powrocie do domu zaczęłam ćwiczyć. Po pierwszej rundzie przypomniało mi się, że nie rozgrzałam ramion, ale stwierdziłam, że już na to za późno więc kontynuowałam z ćwiczeniami. Nie wiem czy to ze względu na wczorajsze dodatkowe ćwiczenia na mięśnie brzucha, ale dzisiaj miałam problem ze wspinaczką górską, w 3 i 4 rundce musiałam sobie dychnąć po 15 sek, więc troszęczkę to było oszukane. Ale miło wiedzieć, że jednak jakoś ruszyłam mięśnie brzucha bo to ta część mojego ciała, która najmniej mi się podoba. Kiedyś jeszcze bardzo narzekałam na biodra, ale może jestem już w tym wieku, że już mi na nich tak nie zależy? A może po prostu się przyzwyczaiłam? Na punkcie brzucha zawsze miałam fioła, przez jakieś 20 lat albo i więcej ciągle go wciągałam, nawet teraz czasami mi się zdarza :)
Dzisiaj po standardowych ćwiczeniach zrobiłam jak zwykle silne zakończenie, które również wydawało się trudniejsze niż w ciągu kilku ostatnich dni, i powodem znów były mięśnie brzucha więc dzisiaj nie dodawałam żadnych ćwiczeń na tą partię mojego ciała. Tak na prawdę nie dodałam żadnych ćwiczeń, zaczełam szukać rozciągania, ale w konsekwencji znów się znudziłam i poszłam zrobić sobie śniadanko.
Normalnie zaczynam dzień od smoothie (koktajlu owocowego, do którego często wrzucam zioła), ale dzisiaj nie miałam bananów a nie miałam ochoty na same brzoskwinie z jabłkami i ziółkami więc zaczęłam od płatków owsianych z dodatkami, które zazwyczaj jem dopiero po kilku godzinach bo smoothie jest dość syte.
Zblędowałam płatki owsiane, suszoną żurawinę (niestety z cukrem, pewnie dlatego bardzo smakowało mojej córce), kilka suszonych śliwek, trochę siemienia lnianego, trochę nasion sezamu, nieco nasion wiesiołka, brzoskwinię, kilka migdałów, wodę i to chyba wszystko. Było przepyszne i bardzo pożywcze. Córce tak smakowało, że musiałam zrobić jeszcze jedną porcję :)
Och, prawie bym zapomniała. Dzisiaj to już drugi albo nawet trzeci dzień kiedy ćwiczyłam z bólem głowy. Co prawda odkąd ćwiczę piję więcej niż normalnie, ale pewnie nadal na skraju odwodnienia. Zazwyczaj w 3 dzień tygodnia jak mam HIIT to piję więcej, ale dzisiaj nie wypiłam podczas ćwiczeń nawet 0.7l, zostało mi kilka mililitrów. Wskazuje to na to, że dobrze by było żebym zaczęła dzień od smoothie bo to zawsze przynajmniej 300 ml więcej płynu na dzień. Często jak nie było Dziubusi to miałam nawet koło litra, a takich mieszanek owocowych mogę zmieścić dużo. Tak naprawdę to już kiedyś się zastanawiałam czy nie powinnam znów zacząć słodzić herbaty, bo jak piłam słodką to piłam dużo więcej niż teraz. Woda czy nie słodzona herbata mi tak nie wchodzą. Cieszę się tylko, że mam lekki ból głowy nie taki jak za starych czasów.
To chyba tyle na dzisiaj :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz