Czasami zastanawiam się czy warto tutaj coś pisać, z tego co widziałam na statystyce to nikt tego nie czyta, mam tylko po kilka otwarć, które myślę wynikają z tego, że ja tutaj codziennie piszę więc pewnie te otwarcia też się liczą. Pomimo tego myślę, że nawet jeśli ten blog nikomu nie pomoże w motywacji do ćwiczeń czy zmiany diety (bo pamiętajmy, że i ja i Frank jesteśmy weganami) to przynajmniej będzie to dla mnie fajny dziennik, kiedyś może, jak będę już miała pięknie umięśnione ciało to zobaczę jak zaczynałam :)
A teraz do rzeczy. Dzisiaj znów miałam pompkowy dzień :) Nadal jestem w Anglii, do tego jest sobota więc znów ćwiczyłam z Rangą, tylko nie w parku ale w domu. Dzisiaj też zwróciłam uwagę jak bardzo poprawiła mi się kondycja, tak na codzień tego nie wiedzę, nadal ciężko podnosi mi się córkę, jakieś 17 kilogramów. Choć w czwartek, wskoczył na mnie kolega córki a później dwójka dzieci w tym samym czasie więc pewnie miałam na sobie jakieś 35 kg i mogłam z nimi biegać :) Mam nadzieję, że za kilka miesięcy będę mogła biegać z czwórką dzieciaków.
Ojej, znów odeszłam od tematu :) mogłabym zrzucić to roztargnienie na strzelający za plecami popcorn (wiem, niezbyt zdrowe, ale moje maleństwo narobiło mi dzisiaj ochoty, a zresztą zielone smoothie już wypiłam), ale to nie przez popcorn, zawsze lubię skakać po tematach, ci co mnie znają osobiście to wiedzą.
Więc jak mi dzisiaj szło? Po raz pierwszy zrobiłam 20 podniesionych pompek, później zrobiłam 10 zanurzeń (ostatnio robiłam 8 bo bolał mnie mięsień na lewym ramieniu), następnie pompki regularne, ojejku, już nie pamiętam ale wydaje mi się, że robiłam po 10 tak samo jak tych z nogami na łóżku, a piąte ćwiczenie, tak zwana moja "bułka z masłem" czyli ćwiczenia na łydki, podniesienia i opuszczenia na palcach na schodzie, dzisiaj robiłam 4 x 30 zamiast 4 x 20 tak jak zawsze. Czuję poprawę. Nawet silne zakończenie idzie mi lepiej, 30 sekundowa deska nie jest już dla mnie zabójstwem, i piętnaście podnoszeń też robię już bez przerwy przed czy w trakcie. Yuppie!
Frank, jesteś wielki!
Dzisiaj zastanawiałam się też dlaczego tak lubię jego rutynę. Myślę, że z wielu powodów, ale przede wszystkim dlatego, że wiem z góry ile muszę zrobić, wiem, że nawet jak mi ciężko idzie to mam tylko określoną ilość razy kiedy muszę się przemęczyć. Na koniec jest zazwyczaj łatwiejsze dla mnie ćwiczenie, nie licząc oczywiście silnego zakończenia, które nadal jest dla mnie trudne. I uwielbiam moje dni wolne czyli 4 i 7 dzień tygodnia. Jutro mam podciągnięcia, których najbardziej nie lubię, bo nadal nie zrobiłam pełnego podciągnięcia, zawsze robię ułatwione poziomy. Biorąc jednak pod uwagę to jak już się polepszyłam odkąd zaczęłam... mam nadzieję, że przed zakończeniem poziomu podstawowego będę w stanie podciągnąć się chociaż raz. Tak naprawdę to mam nadzieję, że stanie się to szybciej ;)
Bye for now
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz