Jakżesz mi się dzisiaj nie chciało ćwiczyć. Zwlekłam się z łóżka, chyba z pół godziny albo nawet godzinę po tym jak się obudziłam i ... poszłam biegać na rozgrzewkę. Kuzynki pies uciekł i przyleciał za mną jak byłam już w lesie. Fajnie było biec z towarzystwem, ale... w pewnym momencie rzuciła się na innego psa. Dobrze, że szybko im przeszło.
Pobiegłam więc do domu myśląc o tym jak bardzo nie chce mi się dzisiaj nic robić, wiedziałam, że to dzień HIIT. Przychodziły mi do głowy myśli, że to i tak nic nie da. W sumie to nie mam już nawet zakwasów. Ale starałam sobie wytłumaczyć, że regularne ćwiczenia muszą przynieść efekty.
Wbiegłam więc do domu i nadal z ociąganiem zaczęłam rutynę. Szło mi nawet spoko. Przy trzeciej serii jakoś się pogubiłam, musiałam na chwilę przerwać czas żeby dojść do tego, w którym miejscu byłam. Uwielbiam pajacyki na koniec, to takie rozluźnienie.
A potem, znów szybkie zakończenie, mój zabójca :) Zrobiłam wszystko tak jak trzeba aż do wstawania z deski do pozycji pompkowej. Przed tym ćwiczeniem zrobiłam sobie chyba z 5 minut przerwy. Leżałam na podłodze i mówiłam sobie jak bardzo nie chcę tego robić. W pewnym momencie miałam już wstać i nie robić, ale poleżałam jeszcze kilka minut i... zrobiłam. Przeżyłam 15 podniesień z deski do pozycji pompkowej. Ostatnie podniesienie robiłam już prawie padając na twarz, ale... nie upadłam.
Jutro dzień odpoczynku :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz